Autor: 2017/02/02

Kiehl's Midnight Recovery Concentrate

Dziś chciałam Wam przedstawić mojego ulubieńca, który przewija się tu już od pół roku. Pół roku zachwytów, których jeszcze nie ujęłam w jeden osobny post. Myślę, że przez ten czas dobrze go przetestowałam i opowiem Wam w kilku słowach, co myślę o serum - legendzie, którego bardzo się obawiałam przed pierwszym użyciem. Ciekawe? W takim razie zapraszam na recenzję Midnight Recovery Concentrate od marki Kiehl's.


Serum Kiehl's jest połączeniem samych świetnych olejków. Olejek z wiesiołka, który bardzo dobrze nawilża i uelastycznia cerę, olejek z zielonych oliwek, który jest jednym z najbardziej kompatybilnych olejków do naszego ludzkiego sebum (marka stosuje skwalan w każdym ze swoich kosmetyków) oraz olejek z lawendy. I właśnie tego gagatka okrutnie się bałam przed pierwszym użyciem. Składnik ten łagodzi i koi skórę, a także reguluje produkcję sebum. A dlaczego się bałam? Otóż dobre dziesięć lat temu, jako nastolatka, wykąpałam się w lawendowym płynie do kąpieli. Brzmi to może banalnie, jednak efekty nie były tak zabawne jak historia opowiedziana po latach. Po zacnej kąpieli wyszłam z niej cała w czerwonej wysypce. I na pewno to była ta lawenda, gdyż nic innego nie dolewałam do wody w wannie. Może to zbieg okoliczności, może nie, ale przez te wszystkie lata unikałam wszystkiego, co lawendowe jak tylko mogłam. I udało się, do momentu pierwszej przeczytanej recenzji na temat Midnight Recovery Concentrate. Po pierwszej były kolejne i następne, a do tego nawet moja kochana Olga nie szczędziła dobrych słów nad tym produktem. A jak Olga coś poleci, to ja też polecę, ale po próbkę :P I od tej niewinnej próbki rozpoczęła się miłość.

Recenzja Olgi - Mały cudotwórca | Kiehl’s, Midnight Recovery Concentrate


A więc za co kocham tak to serum? Za ten zapach, który dla większości pewnie jest uporczywym smrodkiem, a mnie on bardzo, ale to bardzo koi. W ogóle dzięki Kiehl'sowi polubiłam takie ziołowe zapachy, wpływają na mnie bardzo uspokajająco. Kiedy jestem po ciężkim dyżurze dodaje kilka kropel Midnighta do kąpieli i idę spać - mój sen jest wtedy zdecydowanie lepszy. Jednak przede wszystkim pokochałam go za działanie. Moja kapryśna cera, w ciągu tego pół roku, stała się zaspokojona. I to chyba dobre określenie. Rzadko robi mi psikusy w postaci niedoskonałości (jakichkolwiek!), a kiedyś była to u mnie norma. A najważniejsze jest to, że przestała się świecić jak księżyc w pełni. Wiem, że to też ogólna zasługa regularnej, dobrze dobranej pielęgnacji, jednak widzę, że sam olejek odegrał tu dużą rolę. Moja cera jest też wygładzona, a na drugi dzień budzę się z pięknie uelastycznioną i mięciutką buzią. Jak u niemowlaka ;) A jak wiadomo - na dobrze wypielęgnowanej cerze makijaż wygląda lepiej, więc tym bardziej kocham to serum.
Na zdjęciu poniżej możecie zobaczyć jego wydajność - przez pół roku zużyłam jedną czwartą całego opakowania, które ma 30 ml. Na jedno użycie wystarczy mi 3-4 kropelki. Wszystko jest zamknięte w minimalistyczną, apteczną wręcz buteleczkę z pipetką.


Chyba prędko nie zmienię tego serum - z resztą, pewnie będzie to za przynajmniej rok, więc ciężko powiedzieć, czy będę go dalej używała. Jak na razie jestem zakochana nad życie! Nie bez powodu ten gagatek znalazł się w ulubieńcach roku 2016. Ciekawe czy w przyszłym roku nadal będę go polecać ;)


Pozdrawiam,
P.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Obserwatorzy